czasem nie wolno polegać tylko na szczęściu i na tym, że jakoś się uda. nie zawsze będzie tak, że mimo, że olewam jakąś sprawę i jadę na weekend do miasta oddalonego ode mnie o kilkaset kilometrów, to i tak zalicze/zdam/załatwię. niekiedy powija się noga. jednakże nie żałuję, bo wiem, że już teraz, że wygrałam życie jadąc na koncert gy!be.
browarowanie przed 12 nie zawsze kończy się źle, ale zdarza się i tak, że popadamy w bardzo refleksyjne nastroje i rozmawiamy o tym, że to prawdopodobnie ostatnie takie wspólne wyjście po egzaminie, że za niedługo już nie będziemy mogli nawet kupić piwa studenckiego za piątkę. zawsze była ta perspektywa kolejnego roku studiów. teraz już jej nie mamy i jest to dla nas bardzo paraliżujące.
od wyjazdu do miasta p., które o dziwo okazało się miejscem, w którym chciałabym kiedyś mieszkać, nie potrafię się uwolnić od płyty write about love. udaję, że jestem carey mulligan i podśpiewuję.