27 stycznia 2011

what a waste, i could've been your lover, what a waste, i could've been your friend

czasem nie wolno polegać tylko na szczęściu i na tym, że jakoś się uda. nie zawsze będzie tak, że mimo, że olewam jakąś sprawę i jadę na weekend do miasta oddalonego ode mnie o kilkaset kilometrów, to i tak zalicze/zdam/załatwię. niekiedy powija się noga. jednakże nie żałuję, bo wiem, że już teraz, że wygrałam życie jadąc na koncert gy!be.

browarowanie przed 12 nie zawsze kończy się źle, ale zdarza się i tak, że popadamy w bardzo refleksyjne nastroje i rozmawiamy o tym, że to prawdopodobnie ostatnie takie wspólne wyjście po egzaminie, że za niedługo już nie będziemy mogli nawet kupić piwa studenckiego za piątkę. zawsze była ta perspektywa kolejnego roku studiów. teraz już jej nie mamy i jest to dla nas bardzo paraliżujące.

od wyjazdu do miasta p., które o dziwo okazało się miejscem, w którym chciałabym kiedyś mieszkać, nie potrafię się uwolnić od płyty write about love. udaję, że jestem carey mulligan i podśpiewuję.

15 stycznia 2011

bored girls and sad boys, dull roads to anywhere.

ten dzień przypomina mi jakieś inne dni, ale dokładnie nie wiem które. trochę te z pobytu w uk (może to przez tą mżawkę), trochę te niespokojne sprzed kilku lat, kiedy wsiadałam ze ściśniętym żołądkiem do autobus, by się z kimś spotkać.

styczeń to najgorszy miesiąc w roku. i tu nie chodzi nawet o sesję, ale o próbę ogarnięcia się po świętach i sylwestrze, o tę dziwna presję zrobienia sobie w głowie pewnego planu na najbliższe miesiące. i może też o coś innego, ale przyrzekłam sobie, że już tego rozstrząsać nie będę.

myślę o różnych poważnych rzeczach. coś się we mnie odblokowało, sama się dziwie jak to się stało. choć nadal czuję paniczny lęk przed tym, co zacznie się dziać za kilka miesięcy.