czasem nie wolno polegać tylko na szczęściu i na tym, że jakoś się uda. nie zawsze będzie tak, że mimo, że olewam jakąś sprawę i jadę na weekend do miasta oddalonego ode mnie o kilkaset kilometrów, to i tak zalicze/zdam/załatwię. niekiedy powija się noga. jednakże nie żałuję, bo wiem, że już teraz, że wygrałam życie jadąc na koncert gy!be.
browarowanie przed 12 nie zawsze kończy się źle, ale zdarza się i tak, że popadamy w bardzo refleksyjne nastroje i rozmawiamy o tym, że to prawdopodobnie ostatnie takie wspólne wyjście po egzaminie, że za niedługo już nie będziemy mogli nawet kupić piwa studenckiego za piątkę. zawsze była ta perspektywa kolejnego roku studiów. teraz już jej nie mamy i jest to dla nas bardzo paraliżujące.
od wyjazdu do miasta p., które o dziwo okazało się miejscem, w którym chciałabym kiedyś mieszkać, nie potrafię się uwolnić od płyty write about love. udaję, że jestem carey mulligan i podśpiewuję.
pierwszy paragraf: tak
OdpowiedzUsuńdrugi paragraf: BARDZO tak :(
belle&sebastian: mam podobnie od sobotniej nocy.
Drugi paragraf: ja-jebię-nic-mi-kurwa-nie-mów.
OdpowiedzUsuńdrugi paragraf: a co ja mam powiedzieć:(
OdpowiedzUsuńo dziwo, miasto p. nie jest takie złe ;) zapraszam serdecznie na kawę jak już będziesz.
OdpowiedzUsuńmiasto na p. dziękuję za dobre o nim słowo.
OdpowiedzUsuńa ja dodam, że wiedziałem, że b&s są idealne zimową nocą...