26 grudnia 2010

wait for the summer, we'll sleep when we wanna

yeasayer już do końca życia będzie mi się kojarzyć z najlepszymi chwilami 2010 roku. trip do uk, słuchanie ich piosenek w pokoju m. w birmingham, wyjazd do bristolu, ich koncert, nazwanie ananda sallym z dr. queen, łażenie po mieście i odwiedzenie restauracji, w której cassie jadła hamburgery z frytkami, szalona a. i jej mieszkanie, które bardziej przypominało squat z niezasłanych łóżek.

potem londyn, londyn i jeszcze raz londyn. i wydarzenie roku nr 2 - zobaczenie big bena zaraz po wyjściu z metra, bo oczywiście nr 1 był koncert yeasayera na open'erze (m. skaczący tyłem do sceny na mega najebce przy 2080).

nie sądziłam, że znajdzie się taki zespół przy słuchaniu którego, tak bardzo będzie mi się japka cieszyć.

3 komentarze:

  1. +1.
    (wczoraj też mi się przypomniały chwile spędzone w pokoju m. przy dźwiękach yeasayera, nasze wspólne śpiewanie nanana w the children, ciągłe zapętlanie final path i tightrope oraz przygotowywanie mapy wszechświata przed tripem do londynu)

    OdpowiedzUsuń
  2. ostatnio m. mi podesłał zdjęcie map wszechświata <3

    OdpowiedzUsuń
  3. ten wpis [oraz wczorajszy sms od karo] są tak klimatycznie zajebiste, przywołują tak wiele dobrych chwil z tego roku, że aż nie wiem co mogę więcej powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń