15 listopada 2010

all the very best of us string ourselves up for love

najważniejszy koncert tej jesieni. ogromne zaskoczenie, bo w sumie nie potrafiłam sobie ich wyobrazić w teatrze, a tu okazuje się, że nikt lepiej nie pasowałby do takiej scenerii niż oni. dużo momentów, kiedy czułam jak na chwilę przestaję oddychać, by jeszcze lepiej doszła do mnie muzyka. choć dzień zaczął się od fffuuu (m. zaspał na pociąg, a ja się obudziłam z okropnym bólem gardła) to ta noc była wyjątkowa i nie tylko dzięki temu, że było ciepło, ale dzięki tysiącom szczegółów, których nie da się przewidzieć. wpadnięciu znów na znajomego, który mieszka ponad 600 km ode mnie i poznanie jego mamy o niesamowicie silnym uścisku dłoni (słucha radiohead i the national, szacunek). podziękowania dla mnie, że gdyby nie ja to nie poznaliby tego zespołu. nocne podróże po śląsku, szukanie wolnych stolików, papierosy.

i nawet jeśli już nie czekamy tak na te wszystkie koncerty jak kiedyś, mniej się jaramy, to i tak nadal takie wydarzenia są moimi ulubionymi.

9 komentarzy:

  1. taka wewnętrzna śliczność, co?

    OdpowiedzUsuń
  2. takie niespodzianko-przypadki nadają naszemu życiu właśnie tej śliczności... hmmm jak zobaczyłam fotkę biletu to zdziwiłam się - the national w teatrze? może jacyś inni? a tu surprise... niespodziewajki nadają miejscom nowe skojarzenia, smaki i dopasowania i oby więcej takich imprez ;) trochę zazdroszczę koncertu, ale pochwalę się, że coma też dała z siebie wszystko a nawet więcej zabierając tysięczną publikę w dwugodzinny lot pełen innej muzyki, przeplatanej nutą symfoniczności i magicznego orientu stepów akermańskich a także zielonej wyspy, na którą zawsze chciałaś jechać...
    ... śliczności... tak dobrze nazwane...

    OdpowiedzUsuń
  3. ja sobie uświadomiłem dzisiaj, że przez swoją końskość/okoliczności nie pamiętam zupełnie paru kawałków z tego koncertu ;/

    ale i tak myślę, że mogę powiedzieć, że był jednym z lepszych w jakich uczestniczyłem w tym roku.

    i troyann ma fajną mamę ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnio doszłam do wniosku, że mimo tego, że nie czekam już tak na koncerty, żeby aż sikać po gaciach, to i tak w zasadzie tylko one trzymają mnie w pionie. Wy mieliście The National, mnie Ólafur przywrócił do jako takiej formy.
    I still trust in music.
    PS. Zaczynam zastanawiać się nad zrobieniem kameralnego sylwestra dla Ciebie, Michała i siebie:)

    OdpowiedzUsuń
  5. @m. gdybyś tyle nie pisał smsów to pamiętałbyś cały ;/

    @bzium o, to jest dobry pomysł, sylwester w klimacie forever alone.

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoda tylko, że Karo ma pracować w Sylwestra:/

    OdpowiedzUsuń
  7. jedno nie wyklucza drugiego;) bo jeśli dostanę zaproszenie i ktoś by po mnie wyszedł na centralny gdzieś ok. 19 to chętnie przyjadę;)

    OdpowiedzUsuń
  8. kameralne sylwestry są dobre.

    OdpowiedzUsuń