24 lutego 2011

let's disappear till tomorrow

piosenka, która najbardziej przypomina mi p. myślałam, że po tylu latach muzyka foals przestanie mi się kojarzyć z zimą '09, ale jednak niektóre rzeczy zostają z nami dłużej niż byśmy tego chcieli.



m. mówi mi o ogarnięciu swojego życia, a ja mam dziwne wrażenie, że nie mam zbytnio czego porządkować. przeciwnie, wydaje mi się, że nie mam wpływu na bieg i że moje życie jakoś dziwnie samo się steruje.

19 lutego 2011

there's an empty space inside my heart

wywiad z drotkiewicz w wysokich obcasach przypomina mi o jej książce paris london dachau, którą kiedyś przeczytałam w jedno zimowe popołudnie. trochę wstyd się przyznać, ale całą przepłakałam. zastanawiam się, czy dziś odebrałabym ją podobnie, czy może nie zrobiłaby już na mnie żadnego wrażenia. mogę się o tym przekonać w każdej chwili, bo książka stoi na półce (prezent urodzinowy od k., pamiętam, że byłam wtedy u niej na soap&skin).

wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tej niby dorosłości. do tego, że ludzie na mnie polegają, zlecają mi różne poważne rzeczy. wciąż mam wrażenie, że moja praca jest trochę trywialna i niepoważna, łapię się na tym, że nie pamiętam ile mam lat (no przecież mam tylko dwadzieścia, nic ponadto).

radiohead zafundowało mi sporą dawkę zabawy w rozszyfrowywaniu ich zamiarów. nawet jeśli wszystko okaże się tylko mrzonką, to i tak nie będę na nich zła.

15 lutego 2011

and i said, "i don't know, i don't know, i don't know..."

and on the beach in the summer there were thunderstorms constantly, and they were unpredictable, nobody knew when they would come and nobody knew how long they'd last. sometimes they'd only last five minutes, and sometimes, weeks. i haunted a basketmaker's shop because i had nowhere to go.

ten kawałek jak żaden inny od bardzo dłuższego czasu wkręca mi się okropnie. nie potrafię go wyłączyć. może dlatego, że trafia idealnie w mój nastrój. przy tym wszystkim pochłaniam ogromne ilości słodkich rzeczy, jakby miało mi to w czymś pomóc, albo poprawić humor.

nie mogę doczekać się lata. (tak, na wiosnę nie czekam, nawet wolałabym, żeby jej w ogóle nie było). z jednej strony cieszę się na te wszystkie letnie koncerty, spotkania, chodzenie w krótkich spodenkach i spódniczkach, z drugiej boję się tego, w którą stronę skręci moje życie a chyba najbardziej tego, że nie skręci nigdzie. mój umysł w tej kwestii jest od kilku tygodni strasznie monotematyczny.

10 lutego 2011

something’s coming you better say no to love

ten kawałek przypomina mi o siedzeniu po ciemku w kuchni a. w sylwestra, paleniu papierosów z k. i m. i zastanawianiu się czy pić dalej wódkę, po którą poszła a.

rano budzi mnie sms od m. o treści jest dokładnie taka pogoda jak wtedy w londynie. przypominam sobie wszystkie nasze wędrówki po stolicy anglii. zapiksy na notting hill i sekretnym trafalgar square.

i zastanawiam się nad tym, co napisał wczoraj stereboy, że może właśnie takie drobne sprawy, małe wydarzenia są tymi wielkimi.

7 lutego 2011

because running will be the way your life and mine will be described

czasem niewiele mi potrzeba. może to być śpiewanie piosenki the suburbs w samochodzie, wracając wieczorem samochodem z miasta c. kilka kieliszków berechovki, czy mega idealna przesiadka na drugi pociąg, mówiąc do siebie pod nosem fuck yeah.

nie czekam już na wielkie wydarzenia. takowe raczej się nie wydarzą (w pewnym sensie porzuciłam filozofię świetlickiego mówiącą o tym, że wszystko się wydarza, chyba jednak nie mnie).

ta piosenka, ostatnio.

because i always feel like running
not away, because there is no such place
because, if there was i would have found it by now.