12 marca 2010

pytasz mnie czy wybiorę się na seans, trzymam ręce w twoich kieszeniach

pamiętam dokładnie koncert much na open'erze 08. pierwszy w życiu z prawdziwego zdarzenia. jeszcze nie zachód słońca, jeszcze dzień, nawet sporo ludzi pod sceną, ja i m. gdzieś pod barierkami. wokalista robiący zdjęcie publice, bo mama nie uwierzy mu jak jej opowie, że tyle osób przyszło. dziś włączam drugą płytę bardzo głośno i mam dziwne wrażenie, że będzie krążkiem tej wiosny.

gdybym miała się dziś zamienić w jakiś albumu, to chciałabym być właśnie tym.

wciąż trzymam na widoku pozostałości po wylocie do uk. bilety na samolot, bilety na metro, na pociąg w birmingham, mapy greenwich, the british museum. na pulpicie komputera big ben z house of parliament. wciąż łapią mnie za serce przypadkowo znalezione zdjęcia zrobione na stacjach londyńskiego metra.

znów wraca potrzeba spotkań. dzwonię do osób, których nie widziałam od ponad roku, umawiamy się tam gdzie zawsze, na to co zawsze. zadymione puby, papierosy, piwo, głośny śmiech i późne powroty do domu.

to będzie dobry rok bez rocznic i postanowień. bez wspomnień i rozczarowań.

6 marca 2010

and you're walking away, oh, where to go to?

to smutne jak na moich oczach rozpada się czyjś związek. i to trochę żałosne, że w tej sprawie udzielam jednej ze stron rad. przecież sama wciąż popełniam te same błędy i nie potrafię się z nikim związać na stałe. to naprawdę żałosne.

ale stoimy przed budynkiem, odpalamy papierosy. a z moich ust wypadają te wszystkie mądrości, o których powinnam pamiętam za każdym razem, gdy z kimś jestem. o których powinnam pamiętać jakiś rok temu.

wciąż coś mnie chwyta za serce. coś każe pamiętać, nie zapominać o tych wszystkich miejscach i scenach.

4 marca 2010

here comes a feeling you thought you'd forgotten

za każdym razem, gdy widziałam czerwony dwupiętrowy autobus miałam w głowie piosenkę the smiths z tekstem and if a double-decker bus crashes into us, to die by your side is such a heavenly way to die. to niesamowite uczucie, gdy mogę zobaczyć na własne oczy te wszystkie miejsca, które znałam tylko z pocztówek, czy filmów. londyn jest idealnym miejscem. nie przytłaczającym, wielokulturowym. myślę, że mogłabym zamieszkać w takim dużym mieście.

po takiej przygodzie życia ciężko się ogarnąć i wrócić do normalnych zajęć. do stania w korkach, siedzenia w skupieniu przez dwie godziny na zajęciach, chodzenia do pracy.

yeasayer - tightrope
(piosenka, która do końca życia będzie mi się kojarzyć z tą podróżą)

18 lutego 2010

and the pain that we left at the station will stay in a jar behind us

zdarzają się jeszcze momenty, kiedy jestem zadowolona z siebie. gdy widzę dokładnie tę ścieżkę, którą chcę iść, a wszystko wydaje się jasne i klarowne. poukładane. tak bardzo nie lubię tracić kontroli nad swoim życiem. szkoda, że takie dni jak te przytrafiają się bardzo rzadko.

już za kilka dni będę stać na lotnisku i czuć się jak w tych wszystkich filmach, które do tej pory obejrzałam. samoloty i terminale kojarzą mi się, nie wiem w sumie dlaczego, z obrazem lost in translation.

yeasayer - 2080
(ich koncert w czwartek, 25 lutego w klubie the thekla w bristolu)

12 lutego 2010

be here now

to są te momenty w życiu, kiedy wolę być gdzie indziej. w zadymionym pubie, paląc papierosa, pijąc kawę, piwo, wino, obojętnie co, słuchając jazzu. znam takie jedno miejsce tutaj. mam ochotę chwycić za telefon, zadzwonić do m. i wyciągnąć go wreszcie na obiecaną od pół roku fajkę.

moje życie przypomina teraz kilka kadrów, kilka scen z filmu, kiedy to nie ma żadnych dialogów, jest tylko muzyka, a główna bohaterka jest pokazywana na tle pewnych codziennych, monotonnych wydarzeń, pewnego czekania na coś. piosenką w tle może być to.

10 lutego 2010

i see signs now all the time, that you're not dead, you're sleeping

jej dom zawsze pachniał suszonymi owocami i grzybami. zawsze miała jakieś łakocie pochowane po szafkach, które potem znajdywaliśmy z bratem. każde wakacje, każde święta, zawsze u niej. teraz mam wrażenie, że już nigdy tam nie wrócę. że pewien etap w życiu, a może i nawet połowa mojego życia zniknęła. została spakowana do kartonowych pudełek i zakopana głęboko pod ziemię.

wszystkie tamtejsze leniwe słoneczne niedziele, wszystkie noce z błyskawicami i grzmotami. smaki malin, jeżyn, gruszek, porzeczek. zdarte kolana, skoki do jeziora. nawet potajemne palenie papierosów za ośrodkiem zdrowia. wszystko w pudełkach pod ziemią.

to takie trochę spodziewane zdarzenia, choć tak naprawdę niespodziewane, bo zawsze w pewien sposób odwlekamy, nie wierzymy w nie. myślimy, że niektóre osoby są nieśmiertelne.

bloc party - signs

2 lutego 2010

i don't want to sleep alone

przez jedną piosenkę w radiu, a usłyszaną dzięki novice w audycji prywatna kolekcja na trójce, przypominam sobie tą ciepłą ostatnią noc na open'erze 08. koncert oszibarack w namiocie tuż przed massive attack. tęsknię wciąż za gdynią, za ciepłem w powietrzu, na skórze, za słońcem, za morzem, za wszystkimi ludźmi, z którymi mam mnóstwo bardzo miłych wspomnień. równocześnie wiem, że już tak nie będzie, nie powtórzą się już te dni. klimat będzie już inny, zespoły nie te.

i my będziemy też inni.

bardzo szybko odzyskuję równowagę. myślę, że dorastam, wreszcie radzę sobie z pewnymi uczuciami i emocjami. potrafię podejść do sprawy w miarę obiektywnie i bez niepotrzebnego dramatyzmu, którego jest we mnie coraz mniej.

moja torebka jest ciężka od przewodników po anglii.