23 listopada 2010

watch the waves crashing

pierwszy raz w życiu czuję jakby moje ciało należało do zupełnie innej osoby, jakbym patrzyła na nie i dziwiła się, co ono wyprawia. dlaczego wybiera ten numer telefonu, dzwoni i pogarsza sytuację jeszcze bardziej.

nie jest dobrze. wystarczy, że pojawi się w moim życiu trochę więcej niż zazwyczaj problemów, kłopotów, a ja tracę grunt pod nogami, tracę kontrolę i nie wiem od której strony to wszystko ugryźć, żeby naprostować.

mam wrażenie, że pomimo tych dwudziestu kilku lat nadal zachowuję się niepoważnie. to nie żart, kiedy mówię, że nadal mam mentalność szesnastolatki.


19 listopada 2010

remember me, special needs

dzień, w którym w zupełnie inny, nowy sposób dociera do mnie special needs i chcę słuchać tej piosenki na okrągło. dzień, w którym zadaję sobie pytanie co ja do cholery wyprawiam ze swoim życiem, dzień w którym nic nie robię poza czytaniem, słuchaniem i oglądaniem. i w końcu dzień, w którym mam ochotę wreszcie się ogarnąć, ale w końcu tego nie robię.

wiem, że zostało mi niewiele czasu. i wiem też, że nie chcę, żeby to wszystko tak wyglądało, ale nie mam siły. a najczęściej pojawiające się pytanie w mojej głowie to po co.

15 listopada 2010

all the very best of us string ourselves up for love

najważniejszy koncert tej jesieni. ogromne zaskoczenie, bo w sumie nie potrafiłam sobie ich wyobrazić w teatrze, a tu okazuje się, że nikt lepiej nie pasowałby do takiej scenerii niż oni. dużo momentów, kiedy czułam jak na chwilę przestaję oddychać, by jeszcze lepiej doszła do mnie muzyka. choć dzień zaczął się od fffuuu (m. zaspał na pociąg, a ja się obudziłam z okropnym bólem gardła) to ta noc była wyjątkowa i nie tylko dzięki temu, że było ciepło, ale dzięki tysiącom szczegółów, których nie da się przewidzieć. wpadnięciu znów na znajomego, który mieszka ponad 600 km ode mnie i poznanie jego mamy o niesamowicie silnym uścisku dłoni (słucha radiohead i the national, szacunek). podziękowania dla mnie, że gdyby nie ja to nie poznaliby tego zespołu. nocne podróże po śląsku, szukanie wolnych stolików, papierosy.

i nawet jeśli już nie czekamy tak na te wszystkie koncerty jak kiedyś, mniej się jaramy, to i tak nadal takie wydarzenia są moimi ulubionymi.

12 listopada 2010

forget about of your house of cards

w pewnym sensie cieszę się, że osiągnęłam jakąś tam stabilizację w moim życiu miłosnym. a raczej je wyczyściłam, bo nic się nie dzieję, o nikim nie myślę, za nikim nie tęsknię. mogę się zająć sobą.

tylko czasem łapię się na tym, że chciałabym coś poczuć. coś poza tą pustką. nawet jeśli miałoby to boleć i przeszkadzać mi w prowadzeniu normalnego życia. tak dawno nic się nie działo u mnie.

9 listopada 2010

all we gotta do is be brave and be kind

to jest ten jeden moment, jedna chwila, w której sobie uświadamiam, że za kilka dni pierwszy raz zobaczę i usłyszę na żywo jeden z ulubionych zespołów. tak jakby wszystko było na swoim miejscu. szkoda, że to uczucie bardzo szybko umyka.

chciałabym posiadać moc, dzięki której mogłabym uciszać każdą osobę, której głos i wypowiedzi mnie wkurwiają. tak po prostu móc zamknąć jej usta, żeby nic więcej nie mogła już do mne powiedzieć.

paczki papierosów, wódki i dobrej rozmowy. tego ostatnio mi brakuje.

2 listopada 2010

not all those who wander are lost

nie mam jakiegoś konkretnego celu, albo po prostu gdzieś po drodze go straciłam. egzystuję sobie z dnia na dzień, nie przejmując się za bardzo i nie myśląc o tym, co będzie za miesiąc, dwa, a już w ogóle za pół roku. jakieś tam wydarzenia pewnie będą miały miejsce, ale tylko w obrębie koncertów, festiwali. o innych rzeczach nie myślę. zresztą, innych rzeczy nawet nie ma.

czas zapełniam układaniem playlist w odtwarzaczu, oglądaniem zaległych odcinków wszystkich-możliwych-seriali (podobno jest jakieś życie, ale podobno jest ono przereklamowane). udaję, że prawdziwe życie mnie jeszcze nie dotyczy.

może to tylko ta jesień, ten zastój. robię co jakiś czas zdjęcia, wywołuję i chowam do szuflady. czasem nawet coś przeczytam.