30 grudnia 2010

but i'm still trying to make my mind up, am i free or am i tied up?

zrobiłam o wiele więcej niż założyłam w liście z przeszłości. to trochę cieszy. zawracałam sobie wtedy głowę pewnym mężczyzną, teraz już nawet nie pamiętam jak wygląda, jaki miał głos. obraz się zatarł.

w tym roku nie odczuwam potrzeby pisania takiego listu. nie mam żadnych chęci, by tworzyć to-do list. zauważyłam, że jedyne plany jakie robię, to te które dotyczą koncertów i wyjazdów. jestem już od tego tak uzależniona, że staję na głowie, by chociaż raz w miesiącu gdzieś pojechać, zobaczyć kogoś na żywo.

chciałabym tylko, żeby tegoroczny trip birmingham-bristol-londyn się powtórzył, a raczej jego zajebistość. w sumie to nawet obojętne w jakim kraju.

26 grudnia 2010

wait for the summer, we'll sleep when we wanna

yeasayer już do końca życia będzie mi się kojarzyć z najlepszymi chwilami 2010 roku. trip do uk, słuchanie ich piosenek w pokoju m. w birmingham, wyjazd do bristolu, ich koncert, nazwanie ananda sallym z dr. queen, łażenie po mieście i odwiedzenie restauracji, w której cassie jadła hamburgery z frytkami, szalona a. i jej mieszkanie, które bardziej przypominało squat z niezasłanych łóżek.

potem londyn, londyn i jeszcze raz londyn. i wydarzenie roku nr 2 - zobaczenie big bena zaraz po wyjściu z metra, bo oczywiście nr 1 był koncert yeasayera na open'erze (m. skaczący tyłem do sceny na mega najebce przy 2080).

nie sądziłam, że znajdzie się taki zespół przy słuchaniu którego, tak bardzo będzie mi się japka cieszyć.

21 grudnia 2010

packt like sardines in a crushd tin box

trochę jak na złość odtwarzacz losuje co chwila tę piosenkę radiohead. after years of waiting nothing came, and you realise you're looking, looking in the wrong place. nie wiem, czy szukam w złym miejscu. może problem tkwi w tym, że w ogóle nie szukam. jeszcze nigdy nie byłam tak pogodzona z moim stanem życia i tym, co mam w głowie. nie buntuję się tak jak kiedyś. nic mnie już nie dziwi, chyba nic już nie może mnie zaskoczyć. (mam tylko nadzieję, że te słowa nie obrócą się przeciwko mnie).

wiele rzeczy nie jest już na moje nerwy (ubieranie światełkami choinki), więc się poddaje i idę na zapa.

nazywajcie to jak chcecie, ale mnie jest dobrze. a nic tak na świecie nie uspokaja mnie jak oglądanie programów kulinarnych na bbc lifestyle.

12 grudnia 2010

unsentimental, driving around

pamiętam, że jak byłam mała to uwielbiałam jeździć w grudniu i w styczniu wieczorem i oglądać rozwieszone lampki na drzewach, choinkach, balkonach. odnajdywałam w tym jakąś przyjemność.

teraz mogłabym to w pewnym sensie porównać do tego uczucia, kiedy przechodzi się przez bramki i przemierza teren festiwalu. jeszcze przed zachodem słońca, gdy pierwszy zespół gra na dużej scenie, idąc na pierwsze piwo. tęsknię za takimi uczuciami. cholernie tęsknie.

wierzę w to, że jaki sylwester, taki cały rok. dlatego cieszę się, że znów mogę tego dnia wsiąść w pociąg, przejechać cztery godziny, by znów się z wami spotkać.

8 grudnia 2010

i can't feel my hand any more, it's alright, sleep still

powroty są smutne. szczególnie te po dobrych nocach, podczas których wydarza się o wiele więcej niż się oczekiwało. wpada się w toalecie na artystkę, na koncert której się przyszło. wymienia się z nią kilka zdań, trzyma się jej kozaki, ona na biletach dopisuje choose danger obok swojego autografu. i to właśnie potem się robię. wypijam o kilka shotów za dużo, a potem na kacu słuchając múm wracam do domu.

byle do 31 grudnia.

5 grudnia 2010

don't take it personaly (just one of dem days)

ta zima będzie ciężka i długa. a takie poranki jak ten wczoraj pewnie się już nie wydarzą. nie wyjdę z aparatem do parku, nie ucieszę się na widok tak sporej ilości śniegu, a brnięcie przez zaspy nie sprawi mi już radości. to było jednokrotnego użytku. zużyj i wyrzuć. ciekawe, co w ogóle z tego wyjdzie.

we wtorek kraków (jak dojadę). i koncert rykardy, który ponad dwa lata temu był moim pierwszy koncertem w życiu.