najważniejszy koncert tej jesieni. ogromne zaskoczenie, bo w sumie nie potrafiłam sobie ich wyobrazić w teatrze, a tu okazuje się, że nikt lepiej nie pasowałby do takiej scenerii niż oni. dużo momentów, kiedy czułam jak na chwilę przestaję oddychać, by jeszcze lepiej doszła do mnie muzyka. choć dzień zaczął się od fffuuu (m. zaspał na pociąg, a ja się obudziłam z okropnym bólem gardła) to ta noc była wyjątkowa i nie tylko dzięki temu, że było ciepło, ale dzięki tysiącom szczegółów, których nie da się przewidzieć. wpadnięciu znów na znajomego, który mieszka ponad 600 km ode mnie i poznanie jego mamy o niesamowicie silnym uścisku dłoni (słucha radiohead i the national, szacunek). podziękowania dla mnie, że gdyby nie ja to nie poznaliby tego zespołu. nocne podróże po śląsku, szukanie wolnych stolików, papierosy.
i nawet jeśli już nie czekamy tak na te wszystkie koncerty jak kiedyś, mniej się jaramy, to i tak nadal takie wydarzenia są moimi ulubionymi.