31 lipca 2010

you were right about the end, it didn't make a difference

czuję jak od kilku tygodni kumuluje się we mnie pewnego rodzaju złość, ale także smutek, rozczarowanie i zwątpienie. szukam sposobu by to wszystko jakoś odreagować. duszę się we własnym domu, coraz częściej i poważniej myślę o wyprowadzce.

jeśli ktoś zapukałby dziś do moich drzwi i chciał mnie zabrać do innego miasta, do innego kraju, od razu bym się zgodziła.

i have your good clothes in the car
so cut your hair so no one knows
i have your dreams and your teeth marks
and all my fingernails are painted

i'm here to take you now.

26 lipca 2010

we used to wait

moja mama wierzy w to, że każde zdarzenie poprzedzone jest serią innych zdarzeń, które dążą by to coś się stało. kiedyś też skłaniałam się do tej teorii, ale od kilku miesięcy myślę, że tak naprawdę wszystko, co się w życiu dzieje, zależy tylko i wyłącznie ode mnie. przeznaczenie nie istnieje.

te wakacje są dziwne pod jednym względem: nie pojadę do k., odwiedzić babcię. dom przeszedł według testamentu na t. i prawdopodobnie już nigdy tam nie pojadę. upycham te myśli gdzieś głęboko, bo gdy tylko sobie o tym wspomnę, czuję kłucie w okolicy serca.

nocami zasypiam tylko na kilka godzin, ale mam takie sny, że wolałabym już nie zmrużyć oka i chodzić jak zombi po domu.

8 lipca 2010

everybody thinks you're on your way

kilka godzin po powrocie zaczyna mnie uwierać siedzenie w domu. nie potrafię tego stanu dokładnie wytłumaczyć, bo gdy jestem gdzieś daleko od domu to tęsknię za nim, za swoim łóżkiem, za wszystkimi przedmiotami, które mnie tutaj otaczają, ale gdy powracam czuję dyskomfort, znów planuję bardziej prawdopodobne, i te o wiele mniej, podróże do innych miast. uwielbiam to uczucie anonimowości w obcym mieście.

kilka tygodni temu myśląc o tym, co będę robić w wakacje, dawałam sobie czas. po open'erze wszystko się wyjaśni, znajdziesz jakiś pomysł, jakiś zapał do szukania pracy, czegokolwiek. prawda jest taka, że śpię do godziny 12 każdego dnia, łapię dziwnego doła pofestiwalowego i oglądam odcinki serialu, który wcale mi się nie podoba.

chew lips - karen

24 czerwca 2010

they pulled me half-alive out of the sea

to jest ten rodzaj radości, która trwa tylko moment, jeden wieczór, może kilka dni. przyzwyczaiłam się już do tego, że zawsze jest coś, co nie pozwala mi się swobodnie cieszyć. dlatego pozwalam się zapominać na jakiś czas, na kilka godzin. nauczyłam się już zagłuszać tę racjonalną część mnie.

i chyba nauczyłam się też nie nadawać większego sensu niektórym sprawom, by potem się nie rozczarowywać. a teraz czas nauczyć się mieć gdzieś, co inni myślą o mnie.

wściekam się, gdy ktoś próbuje się do mnie przybliżyć. zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. to rodzaj złości, mówiącej zostaw mnie, zamknij się.

wild beasts - two dancers I

15 czerwca 2010

you're taking toffee with your vicodin, something sweet to forget about him

ogarnia mnie dziwne uczucie, gdy patrzę jak główna bohaterka pewnego serialu przeżywa te same historie, te same rozterki, co ja jeszcze niedawno temu. jest to trochę pocieszające, trochę jednak przerażające, bo z perspektywy czasu niektóre zachowania wydają mi się nieco chore. zastanawiam się też jakby to było, gdybym dała pewnej osobie drugą szansę, tak jak zrobiła to carrie. może byłby to błąd, a może wręcz przeciwnie.

jednak wciąż nie mam na tyle siły i odwagi by chwycić za telefon i zadzwonić.

odliczam dni do wyjazdu do gdynii.

the pains of being pure at heart - young adult friction

8 czerwca 2010

a sunday smile

lato kojarzy mi się z muzyką beirutu. z bardzo jasnym, oślepiającym i ciepłym światłem. gdy wszystko wokół wydaje się w kolorach żółci i wyblakłego zielonego i niebieskiego. jak prześwietlona fotografia. uwielbiam ten czas.

festiwalowo-koncertowe lato uważam za otwarte. dwa dni w krakowie na selectorze sprawiły, że znów poczułam tę beztroskę, kiedy wszystkie dotychczasowe problemy stają się błahe. liczą się tylko ludzie, z którymi jestem, muzyka, która dochodzi do moich uszu i dobra zabawa. już prawie zapomniałam jak to jest, gdy na mojej twarzy pojawia się wielki uśmiech. po prostu chillwave bro.

jeszcze tylko trzy tygodnie i trzeci raz z rzędu wsiądę w pociąg do gdyni.

31 maja 2010

here again, don't give yourself away

nie jestem teraz w stanie dać komukolwiek więcej niż przyjaźń. choć to i tak dla mnie bardzo wielkie słowo i ogromna zawartość. w pewnym sensie zawsze byłam samotnikiem, który od czasu do czasu potrzebuje kontaktu z osobami, które rozumieją.

jestem teraz w takim punkcie, że nie potrafię z kimkolwiek stworzyć zdrowej relacji. jestem emocjonalnie pusta. nikt nie jest w stanie w tej chwili sprawić, żebym poczuła cokolwiek związanego z miłością. (już nawet to słowo brzmi dla mnie śmiesznie).

jedyną przyjemnością jest dla mnie selector, który już w ten piątek.