11 sierpnia 2011

.

Przestałam odczuwać potrzebę pisania o tym, co się dzieje w mojej głowie. Wolę zwrócić się do konkretnej osoby. Opowiedzieć. Pisanie nie przynosi mi już takiej ulgi jak kiedyś. Wręcz odwrotnie. zaczynają ciążyć te wszystkie napisanie zdania zawierające tyle szczegółów. Niektóre rzeczy powinny bezpowrotnie zniknąć z sieci.

Jestem dokładnie w tym punkcie, którego tak bardzo się obawiałam kilka miesięcy temu. Nie jest najgorzej, ale też nie najlepiej.

13 lipca 2011

We're been having our ups and downs recently, but we're still going

Ten moment, kiedy wychodzę z rozmowy kwalifikacyjnej, idę prosto do łazienki i zanurzam całą twarz w zimnej wodzie. Mówię sobie wtedy, że tak naprawdę nic nie muszę.

Bilet na pociąg, które zostawiam w książce z biblioteki. Z 1 stycznia 2011 w Cząstkach elementarnych. Niech ktoś dopisze sobie do tego jakąś historię.

Zauważyłam, że życie składa z się z małych mniej lub bardziej znaczących momentów. Nie tworzy dla mnie teraz większej całości.

10 lipca 2011

I should not be so lost but I've got nothing left to love

Uwielbiam niedzielne słońce o godzinie 16. Tak bardzo kojarzy mi się z powolnymi i nieco nudnymi popołudniami u babci, za którymi tak bardzo teraz tęsknię.

Przez cały dzień chodzi mi po głowie jedna piosenka. I know you really want to get it right.

Spotkania z niektórymi osobami przypominają mi jak bardzo różnie się w postrzeganiu świata. Jak bardzo nie pasuję do nich. Jeszcze jakiś czas temu ta inność mi się podobała, ale rzeczy się zmieniają.

7 lipca 2011

Run to the lights of the city

Bilety z koncertów, które znajduję pozostawione w książkach, które kiedyś czytałam, a do których znów mam ochotę wrócić. Złoty notes, Blaszany bębenek, Gra w klasy.

Podobnie z filmami. Dziś obejrzę po wielu latach ponownie Fight Club. Zawsze jestem ciekawa jak niektóre filmy odbiera się na innych etapach życia.

W ciągu dnia moje myśli krążą wokół pewnej osoby z przeszłości. Niespodziewanie dostaję od niej wiadomość Co u mnie, jak po obronie, jak po open'erze? Z dziwną łatwością przychodzi mi napisanie słów spotkajmy się.

Niektóre słowa już nie trafiają we mnie tak jak kiedyś. Odbijają się od niewidzialnego pancerza, który po tylu latach zastanawiania się nad niektórymi sprawami powstał by mnie chronić. Dobrze mi z tym.


5 lipca 2011

And there will be no tenderness

Nienawidzę tego uczucia, które dopada mnie zawsze po powrocie z festiwali. To uczucie smutku pomieszanego ze zmęczeniem. Wolałabym już siedzieć w namiocie, modląc się o to by nie przeciekł albo stać w deszczu na foals niż siedzieć w domu i szukać pracy. Chciałabym, żeby to lato trwało najdłużej ze wszystkich, które przeżyłam.

Myślami wciąż jestem na gdyńskiej plaży na wschodzie słońca po spijaniu wódki i browarów.

5 czerwca 2011

I don't look for love, that's enough, don't want to start this party talk

Picie taniej wódki w parku przelanej do kartonu po soku i śpiewanie Lady Gagi i Adele w drodze do klubu wydaje mi się nawet o wiele lepszą zabawą niż sama impreza. Zdecydowanie będę tęsknić za M. i za tym, co razem potrafiłyśmy robić, nie zważając na to co myślą inni.

Mam wrażenie, że z nas wszystkich starzeję się najszybciej. Głośna muzyka po kilku godzinach przyprawia mnie o ból głowy, a tłum ludzi po jakimś czasie zaczyna naprawdę wkurwiać.

I te moje podobno wysokie wymagania, ale przecież nie mogłabym być z osobą, z którą nie miałabym o czym porozmawiać i której kolekcja płyt, książek i filmów nie byłaby kompatybilna z moją. Sorry.

31 maja 2011

Someway, baby, it's part of me, apart from me

Pracę licencjacką broniłam dzień po Open'erze, magisterkę będę bronić w dniu wyjazdu na festiwal. Życie nie przestaje mnie zadziwiać. Mam wrażeniem, że zatoczyłam pewne koło. Może to będzie dobry moment na to, by coś zmienić, by może w pewien sposób zacząć od nowa.

Pięć lat temu, gdy wyobrażałam sobie siebie w tym momencie, w którym jestem teraz, miałam przed oczami dorosłą kobietę, która wie, co chce robić dalej. Heh, jest zupełnie inaczej.

Dochodzę jednak do wniosku, że cieszę się, że ten etap życia mam już za sobą. I trochę się dziwie samej sobie, że miałam tyle siły, by to wszystko wytrzymać, nie wiem, czy teraz chciałoby mi się jeszcze raz przez to przechodzić. To już nie na moje nerwy.

Żałuję, że w tym roku nie pojadę na Selector, ale za to szykuje się impreza, której sponsorem będzie zdanie drinking till you can't feel feelings anymore. Impreza pożegnalna, bo puszczam za granicę jedyną osobę z tego miasta, która mnie rozumiała.

14 maja 2011

I know that starting over is not what life’s all about. But my thoughts were so loud, I couldn’t hear my mouth.

3 maja 2011

but faith was looking the other way

jedyny stan, w którym teraz bym chciała być, to ten sprzed kilku dni, kiedy byłam w pociągu, potem spałam w nie swoim łóżku, czułam się obca chodząc po ulicach miasta ł. i za każdym razem, gdy mijałam jakieś skrzyżowanie próbowałam znaleźć koniec ulicy na horyzoncie, albo chociaż policzyć światła innych skrzyżowań, które udało mi się przez ten moment zauważyć.

to taki stan, kiedy zostawia się wszystkie sprawy w tamtym, swoim mieście i przebywa się w innym z czystym umysłem. widzę teraz dokładnie jak bardzo potrzebuję zmiany miejsca zamieszkania, wyprowadzenia się gdzieś indziej i zaczęcia wszystkiego z pustym kontem. jeśli to w ogóle jest możliwe. jeśli nie, to zostają mi tylko takie kilkudniowe wycieczki, by odpocząć.

czuję, że najbliższy czas będzie czekaniem. i to czekaniem w tej najgorszej wersji, kiedy nie można nic za bardzo zrobić. tylko zająć się czymś, skończyć kilka spraw. i na przekór wszystkim i wszystkiemu wolałabym, żeby pogoda była właśnie taka jak dziś. chłód, deszcz i ten kawałek.

27 kwietnia 2011

to the middle of nowhere, and on you way home

zajebistość the national polega między innymi na tym, że po kilku latach odkrywa się na nowo niektóre piosenki i zakochuje się w nich, mimo, że kiedyś zupełnie się na nie nie zwracało uwagi. a może trzeba po prostu dorosnąć do pewnych tekstów, do pewnych melodii, które kiedyś w ogóle nie ruszały twojego serca, a teraz trafiają w pewną pustkę, którą idealnie wypełniają.

you know you have a permanent piece of my medium-sized american heart. (...) you can break what you have but the rest of it's mine.

lubię bardzo to uczucie bycia zupełnie obcą osobą w mieście, które odwiedzam pierwszy raz (no bo przecież kilkukrotne przejeżdżanie przez stację miasta ł. się nie liczy). i może nie nastawiam się tak jak kiedyś na każdą podróż, ale potrzebuję kilku dni pomiędzy zupełnie nieznanymi mi kamienicami, krążąc po przecinających się pod kątem prostym ulicach.

13 kwietnia 2011

I wanna be a missing person

żyję ostatnio w swojej głowie. wypadłam całkowicie z rytmu życia, małe problemy urastają do wielkich. mam problemy z koncentracją, z układaniem sensownych zdań, męczę się po przeczytaniu jednej strony. w dodatku dochodzi ten brak poczucia bezpieczeństwa, tak jakby za drzwiami stało stado potworów, od spotkania których dzielą mnie dni, a może nawet godziny.

potrzebuję mocnego wstrząśnięcia, złapania za rękę. przeżywanie tego wszystkiego w pojedynkę nie jest już na moje nerwy. najgorsze w tym jednak jest to, że przez ostatnie miesiące odwróciłam się od wszystkich, myśląc sobie, że nikogo tak naprawdę nie potrzebuję i dobrze mi samej. tak, to był błąd.

wciąż się łapię na tym, że nie pamiętam ile mam lat. 23 wydaje mi się być taką sporą liczbą. zatrzymałam się w którymś momencie i w ogóle nie czuję, że staję się poważniejsza, doroślejsza. to jeszcze bardziej potęguję słuchanie pewnej dwójki ludzi w moim wieku w pociągu z miasta w. do domu. podobnie jak ja, dwudziestoparoletni, tacy poważni, ogarnięci, czułam się przy nich jakbym miała wciąż piętnaście.

może trzeba to tylko przetrzymać, nie poddać, to niby tylko przesilenie wiosenne.

31 marca 2011

we've been talking so long that we've lost just who we are

jest muzyka, która sprawia, że jest mi smutno, jest muzyka, która poprawia mi się humor. jest też muzyka, która brzmi jak seks. gdy słucham mirrorwriting mam wrażenie, że swoimi ramionami otacza mnie jamie i śpiewa wszystkie piosenki wprost do ucha. ostatni raz, kiedy tak się czułam było rok temu, kiedy the xx zadebiutowali.

listy pomagają. robię ich dużo: na dziś, na jutro, na miesiąc. wykreślam po kolei podpunkty, sprawia mi to przyjemność. widzę dokładnie, że coś idzie do przodu, że nie stoję w miejscu.

jeszcze inną przyjemność sprawia mi robienie zdjęć. powoli zenit staje się przedłużeniem mojego oka i umysłu. niekiedy łapię się na tym, że patrze na świat i szukam kadrów, ujęć, które mogłabym w tym momencie zrobić.

21 marca 2011

seems that I have been held in some dreaming state

nie pamiętam, kiedy ostatni raz gdzieś wyszłam, tak dla zabawy, dla towarzystwa. zamykam się trochę. cały czas mam w głowie te wszystkie ważne sprawy, z którymi muszę wyrobić się do czerwca. mam już swoją stałą i ulubioną szafkę w bibliotece śląskiej, a pracownicy jednej z czytelń rozpoznają mnie już z imienia i nazwiska. w głowie powoli tworzę listy tego, co chcę osiągnąć, po części zainspirowana m. i zastanawiam się nad tym dlaczego tak bardzo boję się to wszystko spisać. może wtedy wszystko by się naprawdę urzeczywistniło i nie mogłabym już tak łatwo od tego uciec.

cierpliwość, pokora, skromność. moje trzy ulubione cechy u ludzi, uczę się ich tak jakby na nowo, wiem, że jest z nimi o wiele łatwiej.

dwa lata, tak, tyle sobie dajemy.

4 marca 2011

i can hear everything now, it's everything time

wracam późnym popołudniem do domu. nawet nie wiem, kiedy dzień się tak wydłużył, że widzę słońce po godzinie piątej. ostatnio mało rzeczy zauważam. torbę mam wypełnioną notatkami i książkami na ostatni egzamin. w słuchawkach rome (neighbours remix with devendra banhart), ostatnio moja ulubiona piosenka do podróży. i zastanawiam się, skąd ten wewnętrzny niepokój, myślałam, że gdy zdam egzamin on odejdzie, ale tak się nie stało.

pewnie to już kiedyś gdzieś pisałam, ale uwielbiam kupować bilety na koncerty. czekać z niecierpliwością na wydruk i zastanawiać się, czy będzie na nim jakaś grafika, czy tylko nazwa zespołu i miejsce.

mam ogromną ochotę na robienie zdjęć.

24 lutego 2011

let's disappear till tomorrow

piosenka, która najbardziej przypomina mi p. myślałam, że po tylu latach muzyka foals przestanie mi się kojarzyć z zimą '09, ale jednak niektóre rzeczy zostają z nami dłużej niż byśmy tego chcieli.



m. mówi mi o ogarnięciu swojego życia, a ja mam dziwne wrażenie, że nie mam zbytnio czego porządkować. przeciwnie, wydaje mi się, że nie mam wpływu na bieg i że moje życie jakoś dziwnie samo się steruje.

19 lutego 2011

there's an empty space inside my heart

wywiad z drotkiewicz w wysokich obcasach przypomina mi o jej książce paris london dachau, którą kiedyś przeczytałam w jedno zimowe popołudnie. trochę wstyd się przyznać, ale całą przepłakałam. zastanawiam się, czy dziś odebrałabym ją podobnie, czy może nie zrobiłaby już na mnie żadnego wrażenia. mogę się o tym przekonać w każdej chwili, bo książka stoi na półce (prezent urodzinowy od k., pamiętam, że byłam wtedy u niej na soap&skin).

wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tej niby dorosłości. do tego, że ludzie na mnie polegają, zlecają mi różne poważne rzeczy. wciąż mam wrażenie, że moja praca jest trochę trywialna i niepoważna, łapię się na tym, że nie pamiętam ile mam lat (no przecież mam tylko dwadzieścia, nic ponadto).

radiohead zafundowało mi sporą dawkę zabawy w rozszyfrowywaniu ich zamiarów. nawet jeśli wszystko okaże się tylko mrzonką, to i tak nie będę na nich zła.

15 lutego 2011

and i said, "i don't know, i don't know, i don't know..."

and on the beach in the summer there were thunderstorms constantly, and they were unpredictable, nobody knew when they would come and nobody knew how long they'd last. sometimes they'd only last five minutes, and sometimes, weeks. i haunted a basketmaker's shop because i had nowhere to go.

ten kawałek jak żaden inny od bardzo dłuższego czasu wkręca mi się okropnie. nie potrafię go wyłączyć. może dlatego, że trafia idealnie w mój nastrój. przy tym wszystkim pochłaniam ogromne ilości słodkich rzeczy, jakby miało mi to w czymś pomóc, albo poprawić humor.

nie mogę doczekać się lata. (tak, na wiosnę nie czekam, nawet wolałabym, żeby jej w ogóle nie było). z jednej strony cieszę się na te wszystkie letnie koncerty, spotkania, chodzenie w krótkich spodenkach i spódniczkach, z drugiej boję się tego, w którą stronę skręci moje życie a chyba najbardziej tego, że nie skręci nigdzie. mój umysł w tej kwestii jest od kilku tygodni strasznie monotematyczny.

10 lutego 2011

something’s coming you better say no to love

ten kawałek przypomina mi o siedzeniu po ciemku w kuchni a. w sylwestra, paleniu papierosów z k. i m. i zastanawianiu się czy pić dalej wódkę, po którą poszła a.

rano budzi mnie sms od m. o treści jest dokładnie taka pogoda jak wtedy w londynie. przypominam sobie wszystkie nasze wędrówki po stolicy anglii. zapiksy na notting hill i sekretnym trafalgar square.

i zastanawiam się nad tym, co napisał wczoraj stereboy, że może właśnie takie drobne sprawy, małe wydarzenia są tymi wielkimi.

7 lutego 2011

because running will be the way your life and mine will be described

czasem niewiele mi potrzeba. może to być śpiewanie piosenki the suburbs w samochodzie, wracając wieczorem samochodem z miasta c. kilka kieliszków berechovki, czy mega idealna przesiadka na drugi pociąg, mówiąc do siebie pod nosem fuck yeah.

nie czekam już na wielkie wydarzenia. takowe raczej się nie wydarzą (w pewnym sensie porzuciłam filozofię świetlickiego mówiącą o tym, że wszystko się wydarza, chyba jednak nie mnie).

ta piosenka, ostatnio.

because i always feel like running
not away, because there is no such place
because, if there was i would have found it by now.

27 stycznia 2011

what a waste, i could've been your lover, what a waste, i could've been your friend

czasem nie wolno polegać tylko na szczęściu i na tym, że jakoś się uda. nie zawsze będzie tak, że mimo, że olewam jakąś sprawę i jadę na weekend do miasta oddalonego ode mnie o kilkaset kilometrów, to i tak zalicze/zdam/załatwię. niekiedy powija się noga. jednakże nie żałuję, bo wiem, że już teraz, że wygrałam życie jadąc na koncert gy!be.

browarowanie przed 12 nie zawsze kończy się źle, ale zdarza się i tak, że popadamy w bardzo refleksyjne nastroje i rozmawiamy o tym, że to prawdopodobnie ostatnie takie wspólne wyjście po egzaminie, że za niedługo już nie będziemy mogli nawet kupić piwa studenckiego za piątkę. zawsze była ta perspektywa kolejnego roku studiów. teraz już jej nie mamy i jest to dla nas bardzo paraliżujące.

od wyjazdu do miasta p., które o dziwo okazało się miejscem, w którym chciałabym kiedyś mieszkać, nie potrafię się uwolnić od płyty write about love. udaję, że jestem carey mulligan i podśpiewuję.

15 stycznia 2011

bored girls and sad boys, dull roads to anywhere.

ten dzień przypomina mi jakieś inne dni, ale dokładnie nie wiem które. trochę te z pobytu w uk (może to przez tą mżawkę), trochę te niespokojne sprzed kilku lat, kiedy wsiadałam ze ściśniętym żołądkiem do autobus, by się z kimś spotkać.

styczeń to najgorszy miesiąc w roku. i tu nie chodzi nawet o sesję, ale o próbę ogarnięcia się po świętach i sylwestrze, o tę dziwna presję zrobienia sobie w głowie pewnego planu na najbliższe miesiące. i może też o coś innego, ale przyrzekłam sobie, że już tego rozstrząsać nie będę.

myślę o różnych poważnych rzeczach. coś się we mnie odblokowało, sama się dziwie jak to się stało. choć nadal czuję paniczny lęk przed tym, co zacznie się dziać za kilka miesięcy.