30 grudnia 2010

but i'm still trying to make my mind up, am i free or am i tied up?

zrobiłam o wiele więcej niż założyłam w liście z przeszłości. to trochę cieszy. zawracałam sobie wtedy głowę pewnym mężczyzną, teraz już nawet nie pamiętam jak wygląda, jaki miał głos. obraz się zatarł.

w tym roku nie odczuwam potrzeby pisania takiego listu. nie mam żadnych chęci, by tworzyć to-do list. zauważyłam, że jedyne plany jakie robię, to te które dotyczą koncertów i wyjazdów. jestem już od tego tak uzależniona, że staję na głowie, by chociaż raz w miesiącu gdzieś pojechać, zobaczyć kogoś na żywo.

chciałabym tylko, żeby tegoroczny trip birmingham-bristol-londyn się powtórzył, a raczej jego zajebistość. w sumie to nawet obojętne w jakim kraju.

26 grudnia 2010

wait for the summer, we'll sleep when we wanna

yeasayer już do końca życia będzie mi się kojarzyć z najlepszymi chwilami 2010 roku. trip do uk, słuchanie ich piosenek w pokoju m. w birmingham, wyjazd do bristolu, ich koncert, nazwanie ananda sallym z dr. queen, łażenie po mieście i odwiedzenie restauracji, w której cassie jadła hamburgery z frytkami, szalona a. i jej mieszkanie, które bardziej przypominało squat z niezasłanych łóżek.

potem londyn, londyn i jeszcze raz londyn. i wydarzenie roku nr 2 - zobaczenie big bena zaraz po wyjściu z metra, bo oczywiście nr 1 był koncert yeasayera na open'erze (m. skaczący tyłem do sceny na mega najebce przy 2080).

nie sądziłam, że znajdzie się taki zespół przy słuchaniu którego, tak bardzo będzie mi się japka cieszyć.

21 grudnia 2010

packt like sardines in a crushd tin box

trochę jak na złość odtwarzacz losuje co chwila tę piosenkę radiohead. after years of waiting nothing came, and you realise you're looking, looking in the wrong place. nie wiem, czy szukam w złym miejscu. może problem tkwi w tym, że w ogóle nie szukam. jeszcze nigdy nie byłam tak pogodzona z moim stanem życia i tym, co mam w głowie. nie buntuję się tak jak kiedyś. nic mnie już nie dziwi, chyba nic już nie może mnie zaskoczyć. (mam tylko nadzieję, że te słowa nie obrócą się przeciwko mnie).

wiele rzeczy nie jest już na moje nerwy (ubieranie światełkami choinki), więc się poddaje i idę na zapa.

nazywajcie to jak chcecie, ale mnie jest dobrze. a nic tak na świecie nie uspokaja mnie jak oglądanie programów kulinarnych na bbc lifestyle.

12 grudnia 2010

unsentimental, driving around

pamiętam, że jak byłam mała to uwielbiałam jeździć w grudniu i w styczniu wieczorem i oglądać rozwieszone lampki na drzewach, choinkach, balkonach. odnajdywałam w tym jakąś przyjemność.

teraz mogłabym to w pewnym sensie porównać do tego uczucia, kiedy przechodzi się przez bramki i przemierza teren festiwalu. jeszcze przed zachodem słońca, gdy pierwszy zespół gra na dużej scenie, idąc na pierwsze piwo. tęsknię za takimi uczuciami. cholernie tęsknie.

wierzę w to, że jaki sylwester, taki cały rok. dlatego cieszę się, że znów mogę tego dnia wsiąść w pociąg, przejechać cztery godziny, by znów się z wami spotkać.

8 grudnia 2010

i can't feel my hand any more, it's alright, sleep still

powroty są smutne. szczególnie te po dobrych nocach, podczas których wydarza się o wiele więcej niż się oczekiwało. wpada się w toalecie na artystkę, na koncert której się przyszło. wymienia się z nią kilka zdań, trzyma się jej kozaki, ona na biletach dopisuje choose danger obok swojego autografu. i to właśnie potem się robię. wypijam o kilka shotów za dużo, a potem na kacu słuchając múm wracam do domu.

byle do 31 grudnia.

5 grudnia 2010

don't take it personaly (just one of dem days)

ta zima będzie ciężka i długa. a takie poranki jak ten wczoraj pewnie się już nie wydarzą. nie wyjdę z aparatem do parku, nie ucieszę się na widok tak sporej ilości śniegu, a brnięcie przez zaspy nie sprawi mi już radości. to było jednokrotnego użytku. zużyj i wyrzuć. ciekawe, co w ogóle z tego wyjdzie.

we wtorek kraków (jak dojadę). i koncert rykardy, który ponad dwa lata temu był moim pierwszy koncertem w życiu.

23 listopada 2010

watch the waves crashing

pierwszy raz w życiu czuję jakby moje ciało należało do zupełnie innej osoby, jakbym patrzyła na nie i dziwiła się, co ono wyprawia. dlaczego wybiera ten numer telefonu, dzwoni i pogarsza sytuację jeszcze bardziej.

nie jest dobrze. wystarczy, że pojawi się w moim życiu trochę więcej niż zazwyczaj problemów, kłopotów, a ja tracę grunt pod nogami, tracę kontrolę i nie wiem od której strony to wszystko ugryźć, żeby naprostować.

mam wrażenie, że pomimo tych dwudziestu kilku lat nadal zachowuję się niepoważnie. to nie żart, kiedy mówię, że nadal mam mentalność szesnastolatki.


19 listopada 2010

remember me, special needs

dzień, w którym w zupełnie inny, nowy sposób dociera do mnie special needs i chcę słuchać tej piosenki na okrągło. dzień, w którym zadaję sobie pytanie co ja do cholery wyprawiam ze swoim życiem, dzień w którym nic nie robię poza czytaniem, słuchaniem i oglądaniem. i w końcu dzień, w którym mam ochotę wreszcie się ogarnąć, ale w końcu tego nie robię.

wiem, że zostało mi niewiele czasu. i wiem też, że nie chcę, żeby to wszystko tak wyglądało, ale nie mam siły. a najczęściej pojawiające się pytanie w mojej głowie to po co.

15 listopada 2010

all the very best of us string ourselves up for love

najważniejszy koncert tej jesieni. ogromne zaskoczenie, bo w sumie nie potrafiłam sobie ich wyobrazić w teatrze, a tu okazuje się, że nikt lepiej nie pasowałby do takiej scenerii niż oni. dużo momentów, kiedy czułam jak na chwilę przestaję oddychać, by jeszcze lepiej doszła do mnie muzyka. choć dzień zaczął się od fffuuu (m. zaspał na pociąg, a ja się obudziłam z okropnym bólem gardła) to ta noc była wyjątkowa i nie tylko dzięki temu, że było ciepło, ale dzięki tysiącom szczegółów, których nie da się przewidzieć. wpadnięciu znów na znajomego, który mieszka ponad 600 km ode mnie i poznanie jego mamy o niesamowicie silnym uścisku dłoni (słucha radiohead i the national, szacunek). podziękowania dla mnie, że gdyby nie ja to nie poznaliby tego zespołu. nocne podróże po śląsku, szukanie wolnych stolików, papierosy.

i nawet jeśli już nie czekamy tak na te wszystkie koncerty jak kiedyś, mniej się jaramy, to i tak nadal takie wydarzenia są moimi ulubionymi.

12 listopada 2010

forget about of your house of cards

w pewnym sensie cieszę się, że osiągnęłam jakąś tam stabilizację w moim życiu miłosnym. a raczej je wyczyściłam, bo nic się nie dzieję, o nikim nie myślę, za nikim nie tęsknię. mogę się zająć sobą.

tylko czasem łapię się na tym, że chciałabym coś poczuć. coś poza tą pustką. nawet jeśli miałoby to boleć i przeszkadzać mi w prowadzeniu normalnego życia. tak dawno nic się nie działo u mnie.

9 listopada 2010

all we gotta do is be brave and be kind

to jest ten jeden moment, jedna chwila, w której sobie uświadamiam, że za kilka dni pierwszy raz zobaczę i usłyszę na żywo jeden z ulubionych zespołów. tak jakby wszystko było na swoim miejscu. szkoda, że to uczucie bardzo szybko umyka.

chciałabym posiadać moc, dzięki której mogłabym uciszać każdą osobę, której głos i wypowiedzi mnie wkurwiają. tak po prostu móc zamknąć jej usta, żeby nic więcej nie mogła już do mne powiedzieć.

paczki papierosów, wódki i dobrej rozmowy. tego ostatnio mi brakuje.

2 listopada 2010

not all those who wander are lost

nie mam jakiegoś konkretnego celu, albo po prostu gdzieś po drodze go straciłam. egzystuję sobie z dnia na dzień, nie przejmując się za bardzo i nie myśląc o tym, co będzie za miesiąc, dwa, a już w ogóle za pół roku. jakieś tam wydarzenia pewnie będą miały miejsce, ale tylko w obrębie koncertów, festiwali. o innych rzeczach nie myślę. zresztą, innych rzeczy nawet nie ma.

czas zapełniam układaniem playlist w odtwarzaczu, oglądaniem zaległych odcinków wszystkich-możliwych-seriali (podobno jest jakieś życie, ale podobno jest ono przereklamowane). udaję, że prawdziwe życie mnie jeszcze nie dotyczy.

może to tylko ta jesień, ten zastój. robię co jakiś czas zdjęcia, wywołuję i chowam do szuflady. czasem nawet coś przeczytam.

25 października 2010

sick of winter inside

nie lubię moknąć. a szczególnie nie lubię moknąć w poniedziałkowy poranek. post-rockowe klimaty w odtwarzaczu potęgują zimno, a ja marzę tylko o powrocie do łóżka. szybko nauczyłam się robić dobrą minę do złej gry. nie obciążam już innych osób tym, co się dzieje gdzieś tam w środku mnie. zawsze mam przygotowaną odpowiedź na pytanie co u mnie. stagnacja, marazm, nic się nie dzieje, ale jest ok, nie narzekam.

three persons have occupied certain slots of my mind for some time now
sometimes my stomach hurts
i want them to disappear
or at least move on to the not so present slots
oh, my body is so, so empty
my heart has drained of all its contents
woke up too early this time
it's finally winter, but no snow
and i can't even touch my heart.

(ef - appendix)

13 października 2010

someday my pain, someday my pain will mark you

bardzo wczesna godzina, mgła jak mleko, ledwo dostrzegalne kontury drzew i budynków. autostrada, szybka prędkość, książka na kolanach i a chorus of storytellers the album leaf. jeszcze zauważam te drobne przyjemności.

- studiujesz dalej drugi kierunek?
- nie, już nie.
- myślałam, że tak, bo zawsze wyglądasz na taką zmęczoną i zabieganą.
- nie, po prostu nie ogarniam życia.

29 września 2010

cold wind blowing

wiele razy wyobrażałam sobie ten moment, kiedy znajdę się na piątym roku studiów. byłam przekonana, że wiele spraw w moim życiu będzie już ogarniętych, że będę z kimś podejmować ważne decyzje, snuć plany.

so here i am: nieogarnięta, z jakimś tam planem, a zarazem pustką w głowie i ciągłym zadawaniem siebie pytania co dalej. przestałam już wierzyć w swoje uspokajania w stylu jakoś to będzie & wszystko się kiedyś ułoży. jeszcze niedawno pomagało. ale to kiedyś jest właśnie teraz. i sprawa robi się poważna.

nie czuję się rozczarowana sobą, ale nie potrafię uwierzyć, że czas tak szybko płynie, a ja nadal nie mam odpowiedzi na najważniejsze pytania.

25 września 2010

some things will stand, some things will fall with morning and i’ll be okay

są osoby, z którymi nie chciałabym zerwać kontaktu, jednak dzieje się to samoczynnie. trochę z mojej winy, trochę z ich. chciałabym się odezwać, powiedzieć wszystko, a zarazem nic. albo żeby po prostu wiedzieli, że gdzieś tam jestem i nigdy nie zniknę z ich życia. nawet jeśli przebywanie w ich towarzystwie przypomina mi wiele złych chwil.
(a to wszystko to kłamstwo, bo tak naprawdę nic nie mija - choćbyś nie wiem jak bardzo starała się zamaskować przeszłość, zawsze będzie ciemnieć od spodu, przez skórę lat, jak siny wylew...) (oksana zabużko - siostro, siostro)
wracam do tych wszystkich ciepłych i smutnych brzmień, do cieplejszych swetrów, butów. wczorajsza pogoda sprawiła, że wreszcie polubiłam jesień.

20 września 2010

and i just watch you slip away

chciałabym, aby każdy weekend tak wyglądał. dobry koncert, na którym ma się ciarki na całym ciele, nocne wędrówki po mieście k., kino na drugi dzień, aparat w torebce. życie jednak w taki sposób przejawia się bardzo rzadko, woli raczej komplikować ludziom sprawy. coraz bardziej zaczynam w nie wątpić.

the national - about today (live @ the white session)


(today you were far away
and i didn't ask you why
what could i say
i was far away
you just walked away
and i just watched you
what could i say.

how close am i to losing you.)

8 września 2010

and i know i’m dead on the surface but i am screaming underneath

tworzę w głowie listę 10 najważniejszych płyt w moim życiu. żadna z nich nie została wydana w przeciągu ostatnich trzech lat. tak jakby nie wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy nic ważnego w muzyce dla mnie. albo ważne stają się dla mnie płyty, które są ze mną od dobrych kilku lat i niosą ze sobą ładunek wspomnień i emocji. i tych dobrych i tych złych. nie wiem, może kiedyś to rozkminię.

udało mi się ostatnio przez przypadek spojrzeć na zegarek i zobaczyć 11:11. pomyślałam życzenie. mam nadzieję, że się spełni.

6 września 2010

almost there

jeszcze niedawno witałam lato, a teraz zostały mi już tylko nieopalone ślady na prawej ręce. kolejne opaski powędrowały do pudełka, w którym zbieram wszystkie moje ważne skrawki. skrawki życia. kilka lat zamkniętych w kartonowym pudełku. pewnie nigdy nie będę w stanie tego wyrzucić. bilety z koncertów, bezpłatne mapy z punktów informacji turystycznej, pocztówki.

znów czuję w sobie ten niepokój. uciekam w książki i w filmy. jak najdalej.
music is total constant. that's why we have such a strong visceral connection to it, you know? because a song can take you back instantly to a moment, or a place, or even a person. no matter what else has changed in you or the world, that one song stays the same, just like that moment. (sarah dessen)
w pewnym sensie znalazłam jakąś stałą.

the album leaf - tied knots

3 września 2010

you call me one more time but now i must be leaving

mam pewien plan. dobrze, że chociaż to.

czekam na dzień, w którym nikt nie będzie wchodzić do mojego pokoju, kiedy potrzebuję być zupełnie sama. zdaję sobie sprawę z tego, że mogę kiedyś żałować tych słów, ale w tym momencie jedyne czego chcę to odrobiny prywatności, odrobiny samotności.

włączam trochę zapomniany przeze mnie album scarlet's walk i dochodzę do wniosku, że jest to moja ulubiona płyta tori.

szukam jakiejś stałej, czegoś, co zawsze będzie i nigdy się nie zmieni.

31 sierpnia 2010

there's nothing to do, but i don't mind when i'm with you

wczesna godzina, pędzący pociąg, za oknem ulewa, książka na kolanach, suburban war w słuchawkach. the suburbs arcade fire okazuje się idealną płytą w podróży, ale także najważniejszym albumem tego lata.

lato odeszło na dobre, czas na ciepłe skarpetki i za duże bluzy z kapturami.

13 sierpnia 2010

leaving, letting go

dawno nie czułam się tak bezradna, tak bardzo uwięziona. mam wrażenie, że gdybym się zapomniała to przestałabym oddychać. a to przecież klucz do sukcesu, by to wszystko przetrzymać. wierzę w to, że ten stan jest chwilowy, że będzie kiedyś więcej powietrza, większa łatwość oddychania.

jest środek lata a ja wracam do muzyki, którą zwykle słucham w zimie. chyba jestem już gotowa na koniec lata.

10 sierpnia 2010

heart skipped a beat

prawie zapomniałam jak coś takiego smakuje. miałam to przez chwilę, ale to już nieważne. trzeba się ogarnąć.

off okazał się najlepszym festiwalem w tym roku. mogę go porównać do tego, co się działo na open'erze 08. może to ta nowość, zupełnie nowy teren, inne sceny, inne obrazki, inna muzyka.

koncert the flaming lips chyba najlepszy i jak to stereoboy dobrze ujął wielkie szczęście i jakaś niezwykła energia. tak, to było przepiękne. trochę więcej tu.

the flaming lips - do you realize??

31 lipca 2010

you were right about the end, it didn't make a difference

czuję jak od kilku tygodni kumuluje się we mnie pewnego rodzaju złość, ale także smutek, rozczarowanie i zwątpienie. szukam sposobu by to wszystko jakoś odreagować. duszę się we własnym domu, coraz częściej i poważniej myślę o wyprowadzce.

jeśli ktoś zapukałby dziś do moich drzwi i chciał mnie zabrać do innego miasta, do innego kraju, od razu bym się zgodziła.

i have your good clothes in the car
so cut your hair so no one knows
i have your dreams and your teeth marks
and all my fingernails are painted

i'm here to take you now.

26 lipca 2010

we used to wait

moja mama wierzy w to, że każde zdarzenie poprzedzone jest serią innych zdarzeń, które dążą by to coś się stało. kiedyś też skłaniałam się do tej teorii, ale od kilku miesięcy myślę, że tak naprawdę wszystko, co się w życiu dzieje, zależy tylko i wyłącznie ode mnie. przeznaczenie nie istnieje.

te wakacje są dziwne pod jednym względem: nie pojadę do k., odwiedzić babcię. dom przeszedł według testamentu na t. i prawdopodobnie już nigdy tam nie pojadę. upycham te myśli gdzieś głęboko, bo gdy tylko sobie o tym wspomnę, czuję kłucie w okolicy serca.

nocami zasypiam tylko na kilka godzin, ale mam takie sny, że wolałabym już nie zmrużyć oka i chodzić jak zombi po domu.

8 lipca 2010

everybody thinks you're on your way

kilka godzin po powrocie zaczyna mnie uwierać siedzenie w domu. nie potrafię tego stanu dokładnie wytłumaczyć, bo gdy jestem gdzieś daleko od domu to tęsknię za nim, za swoim łóżkiem, za wszystkimi przedmiotami, które mnie tutaj otaczają, ale gdy powracam czuję dyskomfort, znów planuję bardziej prawdopodobne, i te o wiele mniej, podróże do innych miast. uwielbiam to uczucie anonimowości w obcym mieście.

kilka tygodni temu myśląc o tym, co będę robić w wakacje, dawałam sobie czas. po open'erze wszystko się wyjaśni, znajdziesz jakiś pomysł, jakiś zapał do szukania pracy, czegokolwiek. prawda jest taka, że śpię do godziny 12 każdego dnia, łapię dziwnego doła pofestiwalowego i oglądam odcinki serialu, który wcale mi się nie podoba.

chew lips - karen

24 czerwca 2010

they pulled me half-alive out of the sea

to jest ten rodzaj radości, która trwa tylko moment, jeden wieczór, może kilka dni. przyzwyczaiłam się już do tego, że zawsze jest coś, co nie pozwala mi się swobodnie cieszyć. dlatego pozwalam się zapominać na jakiś czas, na kilka godzin. nauczyłam się już zagłuszać tę racjonalną część mnie.

i chyba nauczyłam się też nie nadawać większego sensu niektórym sprawom, by potem się nie rozczarowywać. a teraz czas nauczyć się mieć gdzieś, co inni myślą o mnie.

wściekam się, gdy ktoś próbuje się do mnie przybliżyć. zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. to rodzaj złości, mówiącej zostaw mnie, zamknij się.

wild beasts - two dancers I

15 czerwca 2010

you're taking toffee with your vicodin, something sweet to forget about him

ogarnia mnie dziwne uczucie, gdy patrzę jak główna bohaterka pewnego serialu przeżywa te same historie, te same rozterki, co ja jeszcze niedawno temu. jest to trochę pocieszające, trochę jednak przerażające, bo z perspektywy czasu niektóre zachowania wydają mi się nieco chore. zastanawiam się też jakby to było, gdybym dała pewnej osobie drugą szansę, tak jak zrobiła to carrie. może byłby to błąd, a może wręcz przeciwnie.

jednak wciąż nie mam na tyle siły i odwagi by chwycić za telefon i zadzwonić.

odliczam dni do wyjazdu do gdynii.

the pains of being pure at heart - young adult friction

8 czerwca 2010

a sunday smile

lato kojarzy mi się z muzyką beirutu. z bardzo jasnym, oślepiającym i ciepłym światłem. gdy wszystko wokół wydaje się w kolorach żółci i wyblakłego zielonego i niebieskiego. jak prześwietlona fotografia. uwielbiam ten czas.

festiwalowo-koncertowe lato uważam za otwarte. dwa dni w krakowie na selectorze sprawiły, że znów poczułam tę beztroskę, kiedy wszystkie dotychczasowe problemy stają się błahe. liczą się tylko ludzie, z którymi jestem, muzyka, która dochodzi do moich uszu i dobra zabawa. już prawie zapomniałam jak to jest, gdy na mojej twarzy pojawia się wielki uśmiech. po prostu chillwave bro.

jeszcze tylko trzy tygodnie i trzeci raz z rzędu wsiądę w pociąg do gdyni.

31 maja 2010

here again, don't give yourself away

nie jestem teraz w stanie dać komukolwiek więcej niż przyjaźń. choć to i tak dla mnie bardzo wielkie słowo i ogromna zawartość. w pewnym sensie zawsze byłam samotnikiem, który od czasu do czasu potrzebuje kontaktu z osobami, które rozumieją.

jestem teraz w takim punkcie, że nie potrafię z kimkolwiek stworzyć zdrowej relacji. jestem emocjonalnie pusta. nikt nie jest w stanie w tej chwili sprawić, żebym poczuła cokolwiek związanego z miłością. (już nawet to słowo brzmi dla mnie śmiesznie).

jedyną przyjemnością jest dla mnie selector, który już w ten piątek.

29 maja 2010

sorry, i had a secret meeting in the basement of my brain

jest to dla mnie naprawdę trudna sytuacja. czasem myślę, że z pewnymi osobami powinno się zrywać całkowicie kontakt, nie wracać, bo od tego robi się tylko chaos. nawet nie wiem jak mogę niektóre zachowania nazwać, jak je rozgryźć. niczego w tym momencie nie jestem pewna, choć wiem na pewno czego nie chcę.

nie lubię ranić innych osób. mam wrażenie, że czuję się wtedy jeszcze gorzej niż ta druga strona.

chyba się już przyzwyczaiłam do tego jak się czuję. i coraz mniej rzeczy ma dla mnie znaczenie, na coraz więcej rzeczy mam naprawdę wyjebane.

placebo - leni

23 maja 2010

i had a dream that i died

czasami czuję się jakbym grała drugoplanową rolę w jakimś jebanym melodramacie klasy b., w połowie którego widzowie wychodzą z kina, bo nic się nie dzieje, a jak już coś się zacznie dziać to jest to do bólu przewidywalne.

nie wydarza się nic, co mogłoby z oczywistych względów sprawiać, że tak się czuję. nic się nie zmienia, wciąż gapię się w tą samą ścianę. wszyscy rozumieją jak się czuję, ale co z tego, jeśli to rozumienie w niczym mi nie pomaga. w sumie, to nawet nie wiem, co mogłoby pomóc.

to uczucie nie opuszcza mnie od kilku dni.

przyszły piątek, ja, on sprzed roku, kawiarnia i przegląd filmów francuskich. nie nazywam tego spotkania w żaden sposób. nic w stylu spotkanie z duchem z przeszłości, próba udowodnienia sobie czegoś. nic z tych rzeczy. zostawiam wykropkowane pole puste.

beach house - beach house

17 maja 2010

some girls are bigger than others

palimy zawsze na schodach wejściowych uczelni, na której pracuje. jest zimno, pada deszcz. pierwszy raz od nie pamiętam kiedy nie mam ochoty wracać do domu. wolę zostać w środku, w cieple. ale kilka godzin później stoję pod parasolem, który i tak nie ochrania mnie przed zacinającym ze wszystkich stron deszczem. na przystanku spotykam pewnego chłopaka kolejną sobotę z rzędu.

śpię po kilkanaście godzin dalej czując się niewyspaną. piję kilka kaw dziennie dalej czując senność. od papierosów pozostaje nieprzyjemny smak w ustach.

to już stało się tradycją. za ostatnie pieniądze kupuję paczkę fajek.

jest tyle spraw do zrobienia, ale wolałabym zostać w łóżku.

6 maja 2010

with all your lies, you're still very lovable

czasem mam takie myśli, żeby wypłacić wszystkie pieniądze jakie mam na koncie, kupić bilet na samolot do któregoś z większych miast europy, nie wiem, może do londynu, o który wciąż myślę, może do ciepłej barcelony. zresztą miejsce tak naprawdę nie ma znaczenia. zaczęłabym wszystko od nowa, od zera.

czasami tak bardzo chciałabym stać się kimś zupełnie innym, w zupełnie innym miejscu. nie wiem z czego to dokładnie wynika, bo nie mam akurat w tym momencie większych problemów z niczym i co najważniejsze z nikim.

dworce kolejowe i lotniska są dla mnie niesamowicie magiczne. nie umiem tego wyjaśnić, ale gdybym mogła to cały czas byłabym w podróży. i wątpię, czy kiedykolwiek by mi się to znudziło.

2 maja 2010

i lost my mind a long time ago

nie pojechałam tam. nie mogłabym znieść jej nieobecności, ciszy sprawiającej ból. z pewnością wmawiałabym sobie, że gdzieś wyszła, albo jest nadal w szpitalu, albo zaraz wróci z ogródka. nie dało się jednak bezboleśnie tego wszystkiego ominąć, bo wróciły pewne przedmioty, które były tam od zawsze, a teraz zawisną, schowają się w szafkach u nas. to naprawdę dziwne uczucie, patrzeć na niektóre rzeczy, które permanentnie wiążą się z tamtym domem, a które teraz leżą na stole w kuchni.

niedobrze mi się robi od tych wszystkich spadkowych kłótni.

18 kwietnia 2010

follow me to nowhere

i to wszystko to jest nic – bo ja już ciebie nie znam. a więc to mi niepotrzebne już. niepotrzebne żadne zdarzenia, powitania, pożegnania, słowa. tramwaje i sklepy. i deszcz, i bieganie tymi ulicami po deszczu. to wszystko wcale nie musi być takie ważne. można to zgubić jednego dnia, zamknąć jednym słowem. (igor kulikowski: polowanie na obłoki)
wczesna wiosna należała do notorycznych debiutantów much, środek i późna będzie definitywnie należeć do alice glass. już prawie się przyzwyczaiłam, że zespoły, których słucham wydają kolejne kiepskie płyty. na szczęście było to złe przyzwyczajenie.

nie potrafię żyć teraźniejszością. cały czas czekam na to, co ma się wydarzyć w najbliższych miesiącach. juwenalia w maju. selector w czerwcu. open'er w lipcu. off w sierpniu. gdzieś po drodze wszystkie te ważne sprawy, które powinny być moimi priorytetami, a nie są. cały czas mam wrażenie, że te dorosłe sprawy nie dotyczą mnie, dzieją się gdzieś obok.

30 marca 2010

how did we get ourselves so lost

wiosna tak naprawdę nic nie zmienia. może tylko ubrania, które się nosi.

pamiętam lekcje z przystosowania do życia w rodzinie. przez połowę zajęć staraliśmy się zaakceptować swoje wady i pokochać siebie, takimi, jakimi jesteśmy. bo według prowadzącej to 50% sukcesu udanego związku. myślę, że miała rację.

to musi być zajebiste uczucie: przeżyć z kimś ciężką zimę, a potem lekką wiosnę.

zaczynam sobie zdawać sprawę, że to ostatnie miesiące studenckiej beztroski. muszę wyciągnąć z wszystkich dni, a szczególnie z tych wakacji jak najwięcej się da. wiem, że nie mogę być wszędzie, ale nie chcę żałować, że przespałam ten czas.

hot chip - i feel better

23 marca 2010

i wish i had a beach house

muszę się zatrzymać na moment. dni mijają bardzo szybko, nawet nie wiem, kiedy z piątku zrobił się poniedziałek. przywracam stare czasy starymi płytami, które kiedyś słuchałam na okrągło. dziś tak jakbym już nie miała czasu na zatrzymanie się przy jednej, tylko wciąż chłonne bezproduktywnie kolejne. nie podoba mi się to i to bardzo.

poza studiami i pracą nie robię nic. bo czymś konstruktywnym nie można nazwać słuchania muzyki, przeglądania stron, czy siedzenia na fejsie. muszę nabrać oddechu i ruszyć ze swoim życiem. może znajdę odpowiedź na pytanie co dalej.

pj harvey - one line

20 marca 2010

na obcasach i po dużej wódce

w ciągu jednej nocy może wydarzyć się wiele. rozmowy z przypadkowo poznanym chłopakiem o starych dobrych czasach, rewelacyjny koncert much, nie przypadkowe spotkanie p., atlas sound na offie i skakanie z radości po całym domu.

późnym rankiem stoję z m. przed budynkiem, zapalamy papierosy. jesteśmy niewyspane, ale opowiadamy sobie wczorajsze historie. znów daję, tak jak dwa tygodnie temu, swoje autorskie życiowe porady. staram się chłodno ocenić sytuację. czyjąś zawsze łatwiej niż własną.

muchy - zapach wrzątku

12 marca 2010

pytasz mnie czy wybiorę się na seans, trzymam ręce w twoich kieszeniach

pamiętam dokładnie koncert much na open'erze 08. pierwszy w życiu z prawdziwego zdarzenia. jeszcze nie zachód słońca, jeszcze dzień, nawet sporo ludzi pod sceną, ja i m. gdzieś pod barierkami. wokalista robiący zdjęcie publice, bo mama nie uwierzy mu jak jej opowie, że tyle osób przyszło. dziś włączam drugą płytę bardzo głośno i mam dziwne wrażenie, że będzie krążkiem tej wiosny.

gdybym miała się dziś zamienić w jakiś albumu, to chciałabym być właśnie tym.

wciąż trzymam na widoku pozostałości po wylocie do uk. bilety na samolot, bilety na metro, na pociąg w birmingham, mapy greenwich, the british museum. na pulpicie komputera big ben z house of parliament. wciąż łapią mnie za serce przypadkowo znalezione zdjęcia zrobione na stacjach londyńskiego metra.

znów wraca potrzeba spotkań. dzwonię do osób, których nie widziałam od ponad roku, umawiamy się tam gdzie zawsze, na to co zawsze. zadymione puby, papierosy, piwo, głośny śmiech i późne powroty do domu.

to będzie dobry rok bez rocznic i postanowień. bez wspomnień i rozczarowań.

6 marca 2010

and you're walking away, oh, where to go to?

to smutne jak na moich oczach rozpada się czyjś związek. i to trochę żałosne, że w tej sprawie udzielam jednej ze stron rad. przecież sama wciąż popełniam te same błędy i nie potrafię się z nikim związać na stałe. to naprawdę żałosne.

ale stoimy przed budynkiem, odpalamy papierosy. a z moich ust wypadają te wszystkie mądrości, o których powinnam pamiętam za każdym razem, gdy z kimś jestem. o których powinnam pamiętać jakiś rok temu.

wciąż coś mnie chwyta za serce. coś każe pamiętać, nie zapominać o tych wszystkich miejscach i scenach.

4 marca 2010

here comes a feeling you thought you'd forgotten

za każdym razem, gdy widziałam czerwony dwupiętrowy autobus miałam w głowie piosenkę the smiths z tekstem and if a double-decker bus crashes into us, to die by your side is such a heavenly way to die. to niesamowite uczucie, gdy mogę zobaczyć na własne oczy te wszystkie miejsca, które znałam tylko z pocztówek, czy filmów. londyn jest idealnym miejscem. nie przytłaczającym, wielokulturowym. myślę, że mogłabym zamieszkać w takim dużym mieście.

po takiej przygodzie życia ciężko się ogarnąć i wrócić do normalnych zajęć. do stania w korkach, siedzenia w skupieniu przez dwie godziny na zajęciach, chodzenia do pracy.

yeasayer - tightrope
(piosenka, która do końca życia będzie mi się kojarzyć z tą podróżą)

18 lutego 2010

and the pain that we left at the station will stay in a jar behind us

zdarzają się jeszcze momenty, kiedy jestem zadowolona z siebie. gdy widzę dokładnie tę ścieżkę, którą chcę iść, a wszystko wydaje się jasne i klarowne. poukładane. tak bardzo nie lubię tracić kontroli nad swoim życiem. szkoda, że takie dni jak te przytrafiają się bardzo rzadko.

już za kilka dni będę stać na lotnisku i czuć się jak w tych wszystkich filmach, które do tej pory obejrzałam. samoloty i terminale kojarzą mi się, nie wiem w sumie dlaczego, z obrazem lost in translation.

yeasayer - 2080
(ich koncert w czwartek, 25 lutego w klubie the thekla w bristolu)

12 lutego 2010

be here now

to są te momenty w życiu, kiedy wolę być gdzie indziej. w zadymionym pubie, paląc papierosa, pijąc kawę, piwo, wino, obojętnie co, słuchając jazzu. znam takie jedno miejsce tutaj. mam ochotę chwycić za telefon, zadzwonić do m. i wyciągnąć go wreszcie na obiecaną od pół roku fajkę.

moje życie przypomina teraz kilka kadrów, kilka scen z filmu, kiedy to nie ma żadnych dialogów, jest tylko muzyka, a główna bohaterka jest pokazywana na tle pewnych codziennych, monotonnych wydarzeń, pewnego czekania na coś. piosenką w tle może być to.

10 lutego 2010

i see signs now all the time, that you're not dead, you're sleeping

jej dom zawsze pachniał suszonymi owocami i grzybami. zawsze miała jakieś łakocie pochowane po szafkach, które potem znajdywaliśmy z bratem. każde wakacje, każde święta, zawsze u niej. teraz mam wrażenie, że już nigdy tam nie wrócę. że pewien etap w życiu, a może i nawet połowa mojego życia zniknęła. została spakowana do kartonowych pudełek i zakopana głęboko pod ziemię.

wszystkie tamtejsze leniwe słoneczne niedziele, wszystkie noce z błyskawicami i grzmotami. smaki malin, jeżyn, gruszek, porzeczek. zdarte kolana, skoki do jeziora. nawet potajemne palenie papierosów za ośrodkiem zdrowia. wszystko w pudełkach pod ziemią.

to takie trochę spodziewane zdarzenia, choć tak naprawdę niespodziewane, bo zawsze w pewien sposób odwlekamy, nie wierzymy w nie. myślimy, że niektóre osoby są nieśmiertelne.

bloc party - signs

2 lutego 2010

i don't want to sleep alone

przez jedną piosenkę w radiu, a usłyszaną dzięki novice w audycji prywatna kolekcja na trójce, przypominam sobie tą ciepłą ostatnią noc na open'erze 08. koncert oszibarack w namiocie tuż przed massive attack. tęsknię wciąż za gdynią, za ciepłem w powietrzu, na skórze, za słońcem, za morzem, za wszystkimi ludźmi, z którymi mam mnóstwo bardzo miłych wspomnień. równocześnie wiem, że już tak nie będzie, nie powtórzą się już te dni. klimat będzie już inny, zespoły nie te.

i my będziemy też inni.

bardzo szybko odzyskuję równowagę. myślę, że dorastam, wreszcie radzę sobie z pewnymi uczuciami i emocjami. potrafię podejść do sprawy w miarę obiektywnie i bez niepotrzebnego dramatyzmu, którego jest we mnie coraz mniej.

moja torebka jest ciężka od przewodników po anglii.


30 stycznia 2010

a droga się kończy, wszystko się kończy

przy piosence lenny valentino zapalam papierosa. znów drżą mi ręce. znów odnajduje w sobie ten niepotrzebny dramatyzm. wystarczyło wymienić kilka słów, zdań. przypominam sobie zeszłoroczną zimę. ten śnieg. ten chłód, a zarazem gorąc. wszystko wraca.

29 stycznia 2010

zimne moje ręce, zimna moja twarz, zimny głos, a w kieszeniach jeszcze ciepło jest

to było dla mnie zupełnie nowe uczucie. czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłam. trochę mdłe, trochę przytłaczające i duszące. jak choroba morska lub lokomocyjna, kiedy nie całkiem przypadkiem spotykam go na koncercie pustek. nie zmienił się nic, nadal używa tych samych perfum, nadal goli się raz na tydzień, kłując mnie w policzek. nie wiedziałam jak się zachować, co powiedzieć.

dokładnie rok po pierwszym spotkaniu, w tym samym miejscu, w którym podarował mi kardamon, bo nie wiedziałam jak pachnie. przy muzyce wspólnego ulubionego zespołu.

gdy ominie mnie
wzrok twój martwy,
wiem,
że to koniec,
że zaczyna nowe się
tutaj żegnam cię.

śpiewałam tak w pierwszym rzędzie.

nie łudzę się, że po zimie przyjdzie wiosna, która przyniesie coś nowego, świeżego. będzie w chłodnym klimacie, jak zeszłoroczna. szybko i niepostrzeżenie minie. może tylko chcę, by wydarzyło się coś. cokolwiek, bez względu na godzine, dzień, porę roku. to już nie ma dla mnie znaczenia. niech będzie szybko i intensywnie. przecież ja nie potrafię inaczej.

22 stycznia 2010

love must be forgotten, life can always start up anew

to jest ten czas, a może tylko chwila, kiedy mam wrażenie, że to co dobre może nam się jeszcze przytrafić. kilka tygodni temu były tylko plany. teraz zaczynają mi się ukazywać naprawdę realne rzeczy, sytuacje, zdarzenia. liczę na te kilka dni tysiące kilometrów stąd. zadziwiające, że czuję się tak w połowie sesji.

przypominam sobie znów o tej piosence. o genialnych słowach, które dla mnie są kwintesencją spontaniczności, pełni życia i tego jak bym chciała, żeby moje życie wyglądało.

this is our decision to live fast and die young.
we've got the vision, now let's have some fun.

17 stycznia 2010

born into trouble as the sparks fly upwards

ten czas brzmi dokładnie jak ta płyta. smutno, przerażająco zimno i samotnie.

kolejny raz uświadamiam sobie, że poprzeczka jest ustawiona tak bardzo wysoko, że nie wiem, czy kiedykolwiek znajdzie się osoba, która ją przeskoczy. nie wiem też, czy kiedykolwiek ja będę chciała, by się taki ktoś znalazł. może to tylko wmawianie sobie, a może rzeczywiście tak jest, że nie potrzebuję i nie chcę nikogo w swoim życiu, prócz przyjaciół. 

12 stycznia 2010

caught in a spiders web, its' not the first time playing dead

stoję na czerwonym świetle, lewa noga podryguje w rytm kawałka beach house, czuję w butach wilgoć.

tak to właśnie wygląda: zapierdalam po różnych częściach miasta. kseruję, kopiuję, czytam cudze listy, wypożyczam, kupuję bilety na koncert pustek. powoli ogarniam swoje życie.

i wcale nie wydaje mi się to dziwne, że wszystko robię sama. uzależnienie od innych ludzi to według mnie jedno z najgorszych rzeczy jakie mogą się przytrafić.

idąc do biblioteki zauważam jak cmentarze o tej porze roku śpią pod kołdrą śniegu. niesamowity widok.

7 stycznia 2010

emptiness of crowded streets

takiej zimy się nie spodziewałam. myślałam, że przyjdzie na trochę, zmrozi, sypnie śniegiem i sobie pójdzie, ustępując miejsce wiośnie. a tu, nie pamiętam już, który dzień z kolei, za oknem widzę ten sam obraz. śnieg na wszystkich drzewach, przedmiotach, na trawie. śnieg w powietrzu. i ten ziąb. w moim pokoju zawsze jest najzimniej.

zima to idealny czas na post-rock.

nie jest mi już źle, ale doszłam do kilku smutnych wniosków, z którymi się już pogodziłam. nie chcę żadnych zmian, przynajmniej na razie. niech zostanie tak jak jest.

immanu el - aerial

4 stycznia 2010

to go ahead and change your life without regard to what is said

nie jestem jeszcze na to gotowa. obawiam się, że już nigdy nie będę. coś się zmieniło w tamtym roku. coś się wydarzyło. podchodzę do takich spraw ze znudzenie, z brakiem jakiejkolwiek nadziei.

to takie uczucie jakby ktoś mnie wyprał z uczuć. jakby mnie ich pozbawił. czuję się jak dziewczyna na tym zdjęciu.

and you leave on your own
and you go home and you cry
and you want to die.

nadal moją ulubioną piosenką jest how soon is now? the smiths.

2 stycznia 2010

threw my bad fortune off the top of a tall building

ten rok zaczął się dobrze. pomijając fakt, iż obudziłam się z okropnym bólem głowy, a ponad połowę podróży do domu przeżyłam w nieogrzewanym pociągu. chcę, żeby te następne dwanaście miesięcy były jeszcze lepsze od poprzednich.

jest wiele planów, jest wiele pomysłów na zmiany. nie będę się złościć jeśli coś nie wyjdzie, najwidoczniej tak musi być. nie chcę tylko żałować, że nie spróbowałam.